Dwór Bismarcka – Mysłowice

Nie ukrywam – Mysłowice, czyli miasto w którym mieszkam, nie stoi wieloma dobrymi restauracjami – więcej znajdziecie tu sieciowych pizzerii, kebabów lub burgerowni (czyli jak wszędzie). Istnieją jednak 2 miejsca, które wyróżniają się na tle tej „konkurencji” : pierwsza, moim zdaniem perełka miasta – Biała Gruba, która niestety poprzez różne zawirowania znika z mapy Mysłowic i raczej się tu już nie pojawi, oraz tytułowy Dwór Bismarcka, który istnieje już, jak podaje źródło na stronie internetowej – od 2005 roku. I właśnie tej drugiej restauracji chciałabym dedykować dzisiejszy wpis. Czy warto tam pójść? Jak smakuje ich kuchnia? Zapraszam.

Dwór Bismarcka – menu i ceny

Zanim przejdziemy do omawiania wizyty, nasza krótka historia z Dworem: w lokalu byliśmy wcześniej tylko raz, i było to bardzo dawno temu. Nie wynieśliśmy wtedy stamtąd  dobrych wspomnień i stąd wynikał nasz brak chęci na ponowną wizytę (obsługa zapomniała o nas, zbyt zajęta głośnym plotkowaniem przy barze – dodam, że byliśmy wtedy jedynymi gośćmi).

Było minęło, od tego czasu lokal bardzo się zmienił (co jest widoczne nawet z zewnątrz), prawie zapomnieliśmy o urazach i postanowiliśmy, po kilku latach, dać mu ponowną szansę, a nadarzyła się ku temu okazja, bo restauracja zaprosiła nas, do wspólnego obchodzenia święta zakochanych, czyli Walentynek . W tym dniu w lokalu, obowiązywało specjalne menu Walentynkowe, którego mogliśmy skosztować (w cenie 75zł/osoba).

Jeśli chodzi o kuchnię, to Dwór Bismarcka specjalizuje się w kuchni polskiej oraz europejskiej. Znajdziecie tutaj duży wybór mięs, ryb jak i typowo polskich dodatków. Jest także wkładka dla wegetarian. Ceny za dania główne wahają się między 25-70 zł. Pełne menu znajdziecie tutaj: https://www.facebook.com/dworbismarcka/menu/ .

Powracając jednak do meritum: lokal już od wejścia powitał nas sielską i romantyczną atmosferą: mnóstwo lampionów, świeczników, kwiatów – wręcz idealne miejsce na romantyczną kolację lub uroczysty obiad. Kelnerzy, ubrani w oficjalne uniformy, zapraszają nas do wejścia – zapowiada się zatem idealnie.

Przed nami, na zarezerwowanym stoliku wylądowały po 2 kieliszki wina: białego oraz czerwonego (włoskie Ca’ Del Vento), które są częścią tej uroczystej kolacji. Za chwilę doszła przystawka czyli sałatka z wędzonym łososiem (który, jak przekazuje nam kelner, restauracja uwędziła sama w swojej własnej wędzarni). Przystawka to nic odkrywczego, smakuje jednak bardzo dobrze i tylko zaostrza nam apetyt na więcej 😊 .

Po lekkiej sałatce przyszła kolej na zupę. Jak wyczytaliśmy wcześniej z menu, ma to być zupa tajska z kurczakiem i krewetkami na mleku kokosowym. Od początku byliśmy jej mocno ciekawi, bo ten rodzaj kuchni nijak się ma do tego, serwowanego docelowo przez Dwór. Chcieliśmy zobaczyć (i spróbować) jak do tematu podejdzie lokal. Gdy zupa wylądowała przed nami, przecieraliśmy oczy ze zdumienia gdyż podano nam… zupę pomidorową, co prawda przepyszną i z taką mięsną wkładką (owszem był i kurczak i krewetki), że aż wylewała się z talerza, ale jednak ciągle była to pomidorowa. Nie czepiamy się jednak za bardzo, bo oboje tą zupę kochamy i zjedliśmy ją ze smakiem 😉. Może jednak nie warto nazywać czegoś, tym, czym nie jest, i nie wprowadzać nieświadomych klientów w błąd.

Danie główne, które nam oraz innym gościom zostało zaserwowane to schab sous-vide (dodatkowo opalany sianem) serwowany z ziemniaczkami oraz polany sosem demi-glace. Potrawa, tym razem typowo polska, byłaby wręcz zachwycająca (wszyscy chyba kochamy jednak  te nasze rodzime klimaty i smaki), gdyby nie fakt, że mięso było tak suche, że ciężko było je pokroić a co dopiero przełknąć. Niestety kuchnia ewidentnie je przeciągnęła lub coś innego poszło nie tak. Zwróciliśmy uwagę na ten fakt  kelnerowi, który początkowo wydawał się mocno speszony, wręcz zdenerwowany faktem, że wnieśliśmy jakiekolwiek zażalenie, ale potem, po ochłonięciu i, być może, dopytaniu na kuchni, sam przyznał, że kucharze zbyt długo opalali schab sianem i efekt na talerzu był taki, a nie inny. Szkoda, bo same dodatki oraz sos były przepyszne. Traktujemy to jednak jako wypadek przy pracy i mamy ogromną nadzieję, że była to jednorazowa wpadka 😊.

Na deser, wg menu walentynkowego podawany był suflet czekoladowy z wiśniami, my jednak zmodyfikowaliśmy zamówienie i wybraliśmy 2 desery, które w tym dniu również były dostępne czyli bezę z sosem mango oraz lody waniliowe z gorącą polewą z malin. Do tego wszystkiego zostaliśmy również poproszeni o skosztowanie sezonowej herbaty na bazie mirabelki i rozmarynu (nota bene, była jedną z najpyszniejszych jakie piłam w lokalu).

Beza okazała się świeżutka i chrupiąca.  Podana została w estetyczny dla oka sposób i, tak jak wygląda, tak też smakowała.

Coś jednak podziało się z lodami, na które również mieliśmy ochotę po, dość mocno rozgrzewających daniach. Niestety przyszły do mnie w formie kompletnie płynnej. Gdyby nie pucharek, w którym zostały mi przyniesione byłabym pewna, że pomylono zamówienie i dostałam szejka malinowego 😉. Niestety sos, którym zostały polane musiał być tak gorący, że automatycznie rozpuścił lody i wyszła z tego malinowa zupa… szkoda.

Dwór Bismarcka – czy warto?

Jeśli jeszcze tam nie byliście a kochacie kuchnię polską – na pewno warto.  Lokal istnieje na mysłowickim rynku od wielu lat i rozwija się – a to o czymś świadczy. Restauracja ta została również wyróżniona w żółtym przewodniku Gault&Millau Polska 2018 oraz jest również uczestnikiem programu ‘Szlak kulinarny – śląskie smaki’.

Ciężko nam stwierdzić, czy niedociągnięcia, które przytrafiły się nam podczas kolacji walentynkowej pojawiają się na co dzień, ważniejsze dla nas będzie to, czy restauracja, po przeczytaniu recenzji, wyciągnie z tego wnioski. Sprawdzimy to podczas następnej wizyty, którą niechybnie zamierzamy powtórzyć za jakiś czas 😊. Warto również, mimo wszystko popracować z obsługą kelnerską, która wydaje się tak mocno przekonana o świetności lokalu, że ciężko jej zachować pełen profesjonalizm i opanowanie w obliczu nawet lekkich słów krytyki, które przecież mogą się pojawić ze strony klientów – to całkiem normalne.

Dworowi Bismarcka dajemy za to spotkanie szkolną czwórkę z małym ‘minusem’ i, gdy tylko najdzie nas ochota na dobrą polską kuchnię, a naszych mam nie będzie w pobliżu wybierzemy się ponownie – w końcu to obecnie nasza jedyna mysłowicka kulinarna chluba 😊.

Na liczniku wybiła mi już “trójka” z przodu, ale energii i zapału mam jak niejedna ‘osiemnastka’ ;). Jestem miłośniczką sportów siłowych, dobrej kuchni (od paru miesięcy gotuję i jem wegetariańsko) oraz języka włoskiego. Kocham czytać (kryminały), robić zdjęcia (oczywiście jedzenia) oraz pisać (Gdziezjescnaslasku oraz dla bloga magazynu online V-mag - zapraszam!)
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *